piątek, 21 października 2011

patente di guida


Vincenzo nie ma prawa jazdy. Perche? - zapytałam go w upalny sierpniowy wieczór, gdy pędziliśmy autobusem przez Rzym, by wziąć udział w szalonej feście. Vincenzo westchnął i wymówił konspiracyjnym szeptem tylko jedno słowo: mamma. Italiano przysporzył matce wystarczająco dużo smutków, kiedy postanowił przenieść się do siedliska zła (mamma Vincenzo), miejsca, gdzie mieszka diabeł (ciotka Silvia), miasta szansy (vicino Lorenzo - ale jego nikt nie słuchał). Jak Vini mógł robić prawo jazdy, przecież mamma ataku serca by dostała?! Jej chłopiec w Rzymie, w samochodzie? - no, assolutamente no! - przecież mamma nie spałaby nocami, przed oczyma mając wypadki, kraksy, staczanie się samochodu w bezkresne il Mar Tirreno. Zapytałam Vincenzo, czy jego mama sądzi, że jadąc autobusem nie można mieć wypadku... na to pytanie Italiano odpowiedzieć nie umiał.

Wieczorami uczymy się znaczenia znaków drogowych (to znaczy ja się uczę, Paolo mnie przepytuje, a Michela się ślini i wpycha pięści do buzi). Zastanawiam się, po co je znać? Przecież każdy wie, że najlepiej jeździ się w Italii, a tam znajomość znaków nie jest istotna. Na drodze przydaje się za to głośny klakson, znajomość przekleństw i co najważniejsze - instynkt przetrwania.

5 komentarzy:

  1. co prawda po Rzymie autem nie jeździłem, ale po Wawrszawie też, więc tu nie będę się wypowiadać.

    Jeździłem za to po Toskanii trochę w wakacje i ... wcale tak źle nie jest. Przede wszystkim czułem się tam na drodze bezpiecznie - w przeciwieństwie do polskich dróg. Błądziłem [zasługa GPSa] po małych misteczkach uliczkami jednokierunkowymi tak wąskimi, że ledwo się mieściłem (trochę przesadzam :)) i nikt na mnie nie trąbił i nie wieżdżał mi w bagażnik.

    Najgorzej po Włoszech jeżdżą:
    - holendrzy swymi kamperami, wykonują różne dziwne manewry
    - polacy - kozakują tak jak w kraju :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też nie miałam okazji prowadzić, może i dobrze :D ale w ciągu 6 dni wpadłabym 2 razy pod samochód. Jeżdżą strasznie, dla nich zielone światło oznacza 'muszę jechać', a czerwone 'mogę'.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudne! Vincenzo zostaje zaliczony w poczet moich faworytów drogowych, razem z moim znajomym Lorenzo, który uważa, że światło czerwone może być też różowe, i wówczas nie trzeba się zatrzymywać! :) Pozdrawiam serdecznie! Julia Wollner

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja miałam wrażenie, że Italiani wcale nie patrzą na znaki świetlne. Przez skrzyżowanie przejeżdżał ten, kto pierwszy na niego wjechał. Chi primo arriva meglio alloggia:) Dziękuję za komentarze i pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Urocza jest historia z Vincenzem :) Ja pamiętam jak musiałam uciekać przed samochodami przechodząc na zielonym świetle! I jak trąbili!
    Warszawa jest jednak pod tym względem lepsza :)

    OdpowiedzUsuń