poniedziałek, 2 grudnia 2013

l`inverno

Zabieganie, jesienno-zimowe przesilenie, zmęczenie.
Na półkach nowe książki  - o mafii, konklawe.
Biblioteka się rozrasta, tylko dzień się kurczy. Czasu coraz mniej. Ale na przekór szarościom, depresjom, frustracjom planujemy znów "nasze" Włochy. W czwartek pierwsza lekcja włoskiego - wracam do nauki.
Vespa z każdym dniem nabiera kształtów. 
Moje dziecko biega po domu, krzycząc: "Michela jestem, a tata Paolo".

Skrawki, migawki - w każdym dniu coś włoskiego.


Powoli nadciąga zima...

czwartek, 28 listopada 2013

Fiat 500: lo spot americano

Musicie to zobaczyć! http://www.youtube.com/watch?v=1fBFm4OD2W0
Tęsknię za Włochami.



Vespa już wypiaskowana. Wkrótce będzie malowana. Kolor biały, z emblematem wloskiej flagi.

poniedziałek, 28 października 2013

il sorriso di Elmiranda

Czas biegnie nieubłaganie. Zacierają się kontury szczytów, które zdobyliśmy, w niepamięci "giną" miasteczka, smaki ravioli i gnocchi już nie do przywołania...
Jedynie pamięć o ludziach wciąż żyje nieprzerwanie.

Uśmiech Elmirandy, która witała nas za ladą, jej śmiech, gdy słyszała, jak Michela woła do niej "ciao bella".
Szybki chód jej syna, który gdy tylko nas zobaczył wychodzących z domu, gnał do sklepu, by zamienić z nami kilka słów.
To ciepło w oczach, bezinteresowność, debaty nad zepsutymi wycieraczkami w naszym samochodzie (zjechała 1/4 miasteczka, by pożyczyć klucz i krzycząc oraz gestykulując, "pomóc" w naprawie).
Darmowe ciasteczka i czekoladki dla małej la bionda, którą Niewłoski nauczył kilku włoskich słów. To pamiętam, ich pamiętam... la gente.

Gdy opowiadam o Włoszech, to opowiadam o ludziach, bo przecież  l'uomo è la misura di tutte le cose.


sobota, 21 września 2013

io sono il loro

No i się zaczęło...
Pochody (prawie pierwszomajowe), prowadzanie się pod rękę ("od jednego baru do baru"), wysiadywanie na ławeczce vis a vis drzwi.
Le donne trójkami i parami paradowały przed naszym balkonem, na którym raczyliśmy się włoskim winkiem. Buona notte, uśmiechy i spojrzenia - te ukradkowe i te "oczywiste". Wieczorna passeggiata...
A ranki należały do sąsiada, który wiernie ze swoim pieskiem "czekał" na nas na ławce.

Wszyscy czekali, wszyscy wiedzieli. Sklep się "ożywiał", gdy tylko wchodziliśmy do niego.
Każdy zagadywał, chciał rozmawiać, zapoznać. Byliśmy na językach. A po kilku dniach, byliśmy ich.


Po rozmowie z przyjaciółką, która była z rodziną we Włoszech i "nie zachwyciła się", zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie nie idealizuję tej "mojej" Italii. Bo według Smoka... wcale nie najlepsza pizza i wcale nie najlepsze lody. Może i nie (z gustami się nie dyskutuje, chociaż dla mnie najlepsze!), ale ja nie dla lodów, pizzy, makaronów czy nawet krajobrazów jeżdżę/latam do Włoch.

Uwielbiam tam być właśnie dla tego jednego uczucia...
Uczucia, że jestem ich!

piątek, 20 września 2013

VESPA!

Wiem, przepraszam... Długo mnie tu nie było. Powrót do pracy, nowe obowiązki. Zmęczenie materiału...
Ale jutro będę z nowym postem. Bo energia we mnie taka, że góry mogłabym dziś przenosić.
Niewłoski przywiózł dzisiaj kilka kartonów i pewien znaczek, który odmienił ten szary dzień.
Jest Vespa! Jeszcze w częściach, ale cała moja. Moja Vespa!
Marzenia się spełniają.

środa, 21 sierpnia 2013

Pietranico

Miasteczko na szczycie góry, do którego prowadzą podziurawione jak szwajcarski ser serpentyny, umiera z
każdym rokiem.

To smutne, ale prawdziwe. Dzisiaj mieszka tam około 500 osób. Cisza spowija opuszczone, niszczejące domy z kamienia.
Ale miasteczko jeszcze się broni, jeszcze nie poddało się upływowi czasu.
Może za sprawą nowego baru kolegi Marco, może za sprawą Marii, która na przekór przestrogom ojca otworzyła tu sklepik "Le Mille Occasioni", w którym sprzedaje "mydło i powidło".
Atrakcji tu nie znajdziecie, ale jest kościół (no i wieczorna passeggiata po mszy), poczta, butik Marii, jeden sklep (zaopatrzony jak u nas za czasów komuny), który prowadzi Elmiranda z synem, no i oczywiście są dwa bary, gdzie przy podwójnym espresso debatują seniorzy rodów.
Atrakcją będziecie Wy, jeśli tam się zatrzymacie.
Na drugi dzień, po naszym przyjeździe, całe miasteczko już wiedziało, że przyjechała la bionda z rodziną i zamieszkała w starym domu Franco. No i się zaczęło...

piątek, 2 sierpnia 2013

Franco

Franco ma żonę, dzieci i wnuki. A oprócz tego ma pasję i wielkie serce.
Czy znacie człowieka, który ofiarowałby nieznanej osobie swój dom? Za darmo, za przysłowiowe "dziękuję".
Zdziwił się, gdy zapytałam, dlaczego to zrobił.
 Jak to dlaczego Kasia? Bo mogłem, bo chciałem, przecież pisaliśmy do siebie, poznaliśmy się.
I tyle!

Przyjechaliśmy. Franco czekał na nas w Chieti. Wstąpiliśmy do baru, wypiliśmy kawę i pognaliśmy z ogromnym kluczem do "naszego" domu, do Pietranico.

Miasteczko jak ze snu. Stare domy z kamienia. Wąskie uliczki. Wokół góry.
A mieszkańcy... ale o tym następnym razem.


na zdjęciu Michela przed "naszym" domem