Wiele zawdzięczam Włochom.
Obudziły we mnie uśpione, przyczajone emocje i uczucia.
Sprawiły, że poczułam się piękną la bionda.
Otworzyły mnie na nowe znajomości - bez lęku, zawstydzenia, które towarzyszyło mi przez wiele lat.
Zaczarowały mnie, rozkochały w sobie.
Dzięki nim poznałam Vincenzo, Fabio, Franco i... Niewłoskiego.
Niewłoski pojawił się ze swoim włoskim fiatem i został na dłużej. A potem pojawiła się mała Niewłoska.
Nawet nie zastanawiam się, jak mogłoby się potoczyć wszystko, gdybym pewnego dnia nie postanowiła wyjechać do Rzymu...
Ale mało mi, wciąż mało. U mnie jak u Włochów - apetyt wzrasta w miarę jedzenia.
Wierzę, że to początek, a te włoskie pomidory są mi pisane. Ktoś mi kiedyś powiedział, że wystarczy wierzyć. Więc wierzę!
Takie podsumowanie z okazji spóźnionych urodzin bloga! Z lekkim poślizgiem, bo zima zaskoczyła nie tylko kierowców...
Mimo że zimno, mimo że śnieg - to pięknie jest!
Za te trzy lata grazie mille.
poniedziałek, 25 lutego 2013
sobota, 2 lutego 2013
sono felice
Nie chcę zapeszać, więc nie napiszę. Ale coś w świat puścić muszę, bo inaczej nie wytrzymam! Więc powiem tylko, że dostałam wiadomość i że jeszcze bardziej (o ile to możliwe) kocham Włochów.
A wakacje prawdopodobnie w Pietranico...
A wakacje prawdopodobnie w Pietranico...
sobota, 19 stycznia 2013
Nessun amore è più sincero dell’amore per il cibo.
Moje myśli krążą wokół Włoch. Sprawdzam strony, które oferują wynajem domów, szukam informacji o tanich kwaterach i jeszcze tańszych przelotach. I znów zaczynam odczuwać trzepotanie skrzydeł motyli w brzuchu. Wspominamy z Niewłoskim miejsca i ludzi. Będzie inaczej, bo już nie z namiotem i plecakiem, nie stopem, nie piechotą i nie pociągiem.
Ale jedno pozostanie niezmienione - odczucie przeogromnego szczęścia i la gente z sercem na dłoni i uśmiechem od ucha do ucha.
Byłam w paru miejscach, może nawet piękniejszych, ale nigdzie, nigdzie nie spotkałam tak prawdziwych, radosnych ludzi.
Quando sei allegra e felice? Zapytał mnie Vincenzo podczas spotkania pod Colosseo, gdy uczyliśmy się wymowy i znaczenia rodzimych przekleństw przy Peroni Nastro Azzurro i Pall Mallu Blu. Kiedy jestem najbardziej szczęśliwa?
Quando sono innamorata di qualcuno. Kiedy kocham. Qualcuno o qualcosa.
No właśnie, esattamente wykrzyknął na całe gardło, po czym urządził mi pokaz pantomimy, który wzbudził nie tylko moje zainteresowanie, ale i japońskich turystów. A więc ... uwaga! Wyżelowany Włoch w pantaloni gialli skacze przed Koloseum - wzdycha, serca w powietrzu kreśli i po brzuchu się klepie. Rozanielone oczęta kieruje w stronę jedzących panini Anglików.
No Kasssia, dalej, zgaduj, dlaczego my Włosi jesteśmy tacy radośni?
Mamma Vincenzo zawsze powtarza: Nessun amore è più sincero dell’amore per il cibo.
My kochamy jeść, permanentnie kochamy, więc nie dziw się, że wciąż jesteśmy szczęśliwi - rzekł Italiano, pochłaniając kolejny kawał pizzy i opróżniając czwartą butelkę zimnego birra.
Ja też kocham, tylko te wystające ze spodni boczki jakby trochę mniej...
Ale co tam... zbieramy pieniądze i w lecie będę fruwać z miłości - pizze, bruschetty, gnocchi, ravioli...
Ale jedno pozostanie niezmienione - odczucie przeogromnego szczęścia i la gente z sercem na dłoni i uśmiechem od ucha do ucha.
Byłam w paru miejscach, może nawet piękniejszych, ale nigdzie, nigdzie nie spotkałam tak prawdziwych, radosnych ludzi.
Quando sei allegra e felice? Zapytał mnie Vincenzo podczas spotkania pod Colosseo, gdy uczyliśmy się wymowy i znaczenia rodzimych przekleństw przy Peroni Nastro Azzurro i Pall Mallu Blu. Kiedy jestem najbardziej szczęśliwa?
Quando sono innamorata di qualcuno. Kiedy kocham. Qualcuno o qualcosa.
No właśnie, esattamente wykrzyknął na całe gardło, po czym urządził mi pokaz pantomimy, który wzbudził nie tylko moje zainteresowanie, ale i japońskich turystów. A więc ... uwaga! Wyżelowany Włoch w pantaloni gialli skacze przed Koloseum - wzdycha, serca w powietrzu kreśli i po brzuchu się klepie. Rozanielone oczęta kieruje w stronę jedzących panini Anglików.
No Kasssia, dalej, zgaduj, dlaczego my Włosi jesteśmy tacy radośni?
Mamma Vincenzo zawsze powtarza: Nessun amore è più sincero dell’amore per il cibo.
My kochamy jeść, permanentnie kochamy, więc nie dziw się, że wciąż jesteśmy szczęśliwi - rzekł Italiano, pochłaniając kolejny kawał pizzy i opróżniając czwartą butelkę zimnego birra.
Ja też kocham, tylko te wystające ze spodni boczki jakby trochę mniej...
Ale co tam... zbieramy pieniądze i w lecie będę fruwać z miłości - pizze, bruschetty, gnocchi, ravioli...
środa, 9 stycznia 2013
Il Volo "Il mondo"
Amor, che al cor gentil ratto s'apprende. Więc zakochuję się często i kocham "sprawiedliwie", bo obdarzam wszystkie moje "obiekty" równie intensywnym uczuciem - miłością pierwszą i najczystszą. I ten, kto powiedział, że kocha się tylko raz, mylił się okrutnie!
1 stycznia, o godzinie 14, we włoskim Fiacie, nastąpiło amore a prima vista, a właściwie nie od pierwszego wejrzenia, lecz od pierwszego posłuchania.
Giusy, Gianna, Tiziano, Eros, a teraz... Il Volo. Lubię być zakochana...
1 stycznia, o godzinie 14, we włoskim Fiacie, nastąpiło amore a prima vista, a właściwie nie od pierwszego wejrzenia, lecz od pierwszego posłuchania.
Giusy, Gianna, Tiziano, Eros, a teraz... Il Volo. Lubię być zakochana...
poniedziałek, 31 grudnia 2012
Vivo e scrivo!
Żeby nie było, że się pod ziemię zapadłam, że tylko praca, dom, praca, dom. Owszem,
pracy dużo, a w domu roboty co niemiara - budowanie zamków, tworzenie obrazów, których sam Pollock by się nie powstydził, uczenie nowych słów i permanentne czytanie o śwince Peppie, aż do ochrypnięcia i utraty tchu.
Ale Włochy też są, a jakże. W planach, w marzeniach, w rozmowie, na półkach, na ścianach. Na jednej wielka Vespa, na drugiej kilkanaście zdjęć z mojej Italii (normalna "ściana płaczu" - bo jak patrzę i wspominam, to płakać się chce, bo do wakacji jeszcze tak daleko). Ale, ale... plan już jest, pieniądze jakoś będą. I lecimy - gadania nie ma. Postanowienia noworoczne są dwa:
1) wakacje we Włoszech
2) zwiększona aktywność blogowa.
Żeby nie było, że jakaś hipokrytka ze mnie, bo "swoje" dzieci na kółku blogowym mobilizuję do pisania. Krzyczę i grożę, każę pisać i jak słyszę, że "czasu nie ma", to zębami zgrzytam.
A sama co? Nie piszę, nie uaktywniam się. Jeszcze, nie daj Boże, jakiś wierny czytelnik, sfrustrowany brakiem kolejnych postów naśle na mnie policję...
Bo pewnie czytaliście o krnąbrnym małym Italiano, który nie chciał się uczyć...
Jeśli nie, to odsyłam Was tu
http://www.tvn24.pl/wiadomosci-ze-swiata,2/matka-wezwala-policje-bo-syn-nie-chcial-odrabiac-lekcji,278550.html
Miłej lektury i do poczytania w Nowym Roku. Buon 2013!!!
poniedziałek, 17 września 2012
giudizio
Mam dostęp do Internetu. Na szczęście, a może niestety. Mam możliwość serfowania, czytania, sprawdzania i pisania... tylko czasu brak na pisanie, sprawdzanie i serfowanie. Czasem uda mi się poczytać o najlepszej pizzy w Neapolu, o freskach w Kaplicy Sykstyńskiej czy zespole L’Arpeggiata, który gościł w Polsce. Za rzadko, za mało. Sprawy związane z powrotem do pracy i Michela wypełniają każdą moją minutę. Więc przepraszam - zwłaszcza tych, co podczytują i piszą maile z prośbą o więcej.
Mam dostęp, mogłabym... Niestety...
Bo gdybym nie miała (a i tak przecież nie piszę!) to mogłabym dostać 1,6 tys. euro odszkodowania za szkody materialne i 800 euro za poniesione straty moralne.
I wtedy... wtedy też bym pewnie nie pisała, bo doglądałabym moich pomidorów, jeździła na Capri albo na wyspy Lipari, zajadała pizzę w Antica Pizzeria da Michele.
"Długotrwałe pozbawienie dostępu do internetu powoduje straty moralne i głębokie cierpienia - orzekł włoski sędzia i nakazał dostawcy wypłatę odszkodowania rodzinie z Triestu, która przez ponad cztery miesiące nie mogła w domu korzystać z sieci."
I co? I sędzia orzekł, że się 1,6 tys. euro odszkodowania należy. Też tak chcę!
Kocham Włochów!!!
piątek, 3 sierpnia 2012
Vorrei
Ostatnio wszystko kojarzy mi się z Włochami. Na każdym kroku coś lub ktoś przypomina mi o moim Rzymie, włoskich gelati, plażach Sycylii i przesympatycznych Italiani.
Oglądamy świetny francuski film („Nietykalni”)i nagle słyszę muzykę ukochanego przeze mnie Enrico Einaudi, wyciągam zza regału książki, które spadły, a z nich wysypują się mapy sycylijskich miasteczek, wydobywam z paszczy Michaśki rzecz, którą przeżuwa – a tu bilet na komunikację miejską w Palermo. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że nie tu, lecz tam moje ciało powinno się pocić i wchłaniać w siebie promienie UV...
Na półce książki o Italii, napisane przez Włochów… Czytam, bo bliżej Włoch być nie mogę… A tak mi brak, że aż strach!
Czytam i czasem jest pięknie, po włosku, a czasem płakać się chce. I nad tą literaturą i nad tym uziemieniem (chwilowym mam nadzieję).
Może coś polecicie? – bo trafiam ostatnio na same czytadła, niezbyt wysokich lotów.
Pezzelli skończony, de Blasi też, Spaghetti w trakcie – lekkie to, ale przewidywalne jak jasna cholera!
Chcę coś włoskiego, po włosku – żeby język był soczysty, żeby przed moimi oczami stanęła Cattedrale Santa Maria del Fiore we Florencji, żebym poczuła zapach bazylii z marcato w Sferracavallo. Chcę Włoch tu, skoro chwilowo nie mam Włoch tam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

